Pierwsze wrażenia z podróży: Docieramy do Australii

02 grudzień 2009

Dokładnie 24 października Anna Uryga-Pacuszka i Mateusz Ingarden wyposażeni w sprzęt Hi-Tec  (nasza firma jest ich oficjalnym sponsorem) rozpoczęli podróż swojego życia. Na mapie wyprawy znajdują się m.in. Australia, Nowa Zelandia, Ameryka Południowa. Poniżej prezentujemy pierwszą część ich dziennika podróży.



Mija właśnie miesiąc od kiedy opuściliśmy granice naszego ojczystego kraju. Pierwszym, trzydniowym przystankiem w naszej podróży była stolica Anglii. W ekspresowym tempie zdołaliśmy obejrzeć większość najważniejszych atrakcji turystycznych miasta (m.in.: Buckingham Palace, Big Ben, Westminster, muzeum Madame Tussauds) i poczuć atmosferę brytyjskiej metropolii. Londyn jednak nas nie polubił, ponieważ przez cały czas naszego pobytu w nim mieliśmy różne problemy transportowe – to wyłączyli całą linię metra, którą akurat mieliśmy podjechać, to spóźnił się nam autobus, a spieszyliśmy się na lotnisko, to w końcu opóźniono lot do Kuala Lumpur. Na szczęście cali, zdrowi i z niezagubionym bagażem dolecieliśmy do stolicy Malezji.

Malezja

 Przylecieliśmy z nocy w noc (8-godzinne przesuniecie czasu), ale znaleźliśmy szybko dom naszej couchsurfingowej (www.couchsurfing.org) gospodyni, u której spaliśmy przez kolejne dwie noce. Gorąca i duszna aura przyświecała naszemu całodniowemu spacerowi po Kuala Lumpur. Dane nam było zobaczyć m.in.: Petronas Twin Towers, KL Tower, przejść się ścieżkami miejskiego parku (gdzie widzieliśmy małpkę na wolności) oraz przejechać się rollercoasterem znajdującym się w centrum handlowym. Będąc tu przejazdem mogliśmy poobserwować, jak żyją tutejsi ludzie, i jak wygląda ich kultura (m.in. dzięki naszej gospodyni El mie i jej rodzinie). Zapewn e wrócimy tutaj jeszcze kiedyś, by zobaczyć coś więcej, niż udało nam się w ten jeden dzień pomiędzy jednym lotem a kolejnym –do Melbourne. I tu zaczyna się nasza „właściwa” przygoda…                                                                                

Australia

 Australia zauroczyła nas już od pierwszych godzin naszego pobytu (a było to notabene w środku nocy – o 00.30), ale także niemiło zaskoczyła, ponieważ przez pierwszy tydzień było dosyć zimno i cały czas padało. Dwa dni zajęło nam zwiedzanie Melbourne – miasto ładne chociaż to nie to samo, co bardzo stare europejskie miasta. 12 godzin zajęło nam przejechanie 8 różnymi autostopami do Canberry – stolicy australijskiej.  Sztucznie stworzona w wyniku sporu między Sydney i Melbourne (o to, które ma być centrum państwa) okazała się spokojnym, mało zaludnionym miejscem, w którym główną atrakcją turystyczną były stojące w każdym możliwym miejscu memoriały ku chwale wszystkiego i wszystkich. Jedynie futurystyczny budynek parlamentu oraz sejm i senat były naprawdę warte zobaczenia. Pomimo rozczarowania się miastem i jego zabudową będziemy miło je wspominać ze względu na Willa, który gościł nas w swoim domu i przyjął nas niezmiernie ciepło. Zabrał nas także na spacer na granicę z buszem, gdzie mogliśmy zobaczyć kangury kicające na wolości. 

Z Canberry, łapiąc kilka kolejnych stopów, dojechaliśmy na wybrzeże do turystycznej miejscowości Kiama. Tam p o raz pierwszy rozkładając nasz namiocik na campingu zlokalizowanym prawie na plaży mieliśmy zamiar ponurkować z rurką. Niestety pogoda pokrzyżowała nam plany – padało non stop przez półtora dnia. Pozostał nam tylko kilkugodzinny spacer po pobliskich zatoczkach i oglądanie oryginalnych formacji skalnych (Blow Hole, Cathedral Rock czy skał w kształcie organów). Stąd udaliśmy się prosto do Sydney.  Śpiąc u wujka naszego przyjaciela z liceum, spędziliśmy bardzo przyjemne 2 dni. Pierwszego obeszliśmy najciekawsze miejsca w Sydney (zaczynając oczywiście od Opera House), zaglądając także na kilka godzin do Taronga ZOO, gdzie mieliśmy okazję pogłaskać i pobawić się z kangurami. Drugiego natomiast wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy na zachód do Blue Mountains. Tam  zastał nas deszcz, który na szczęście po południu ustąpił miejsca słońcu. Wspaniały spacer po buszu i widok z klifu (tutejsze góry są niczym płaskowyże z pionowymi ścianami spadającymi w doliny pokryte puszczą) na potężne przestrzenie pokryte drzewami oraz „Trzy Siostry” (formacja skalna) dostarczyły nam wielu wrażeń tamtego dnia. Wyjeżdżając z Sydney na północ udało nam się dotrzeć w okolice Great Lakes – do Pacific Palms. Tutaj znaleźliśmy camping pod  palmami pomiędzy jeziorem a oceanem. Dzień minął nam na odpoczynku, opalaniu się, pływaniu oraz nurkowaniu z rurką. Stamtąd udaliśmy się do więzienia w South West Rocks – stare bo ponad 100 letnie ruiny więzienia (Australia jest tak młoda, że ciężko znaleźć tutaj starsze zabytki) były dobrą  odskocznią od dnia spędzonego na łapaniu autostopu. 

Już następnego dnia byliśmy w Byron Bay – nadmorskim kurorcie pełnym restauracji, barów, dyskotek, hoteli, campingów i wszelkiej innej infrastruktury turystycznej. Wielu naszych autostopowych kierowców polecało nam to miejsce, ale według nas było ono trochę zbyt „głośne” z wybrzeżem niezbyt odróżniającym się od innych oglądanych przez nas plaż. Spędziliśmy tam jeden dzień korzystając z uroków pięknej pogody i gorącej morskiej wody. Wieczorem zaś przespacerowaliśmy się do tutejszej latarni morskiej i najbardziej wysuniętego na wschód punktu Australii (byliśmy tak jakby na końcu świata). Kolejnym przystankiem za Byron Bay było Brisbane, do którego dotarliśmy odwiedzając po drodze Golden Coast (które poniekąd przypomina Miami, albo inne amerykańskie miasto pełne kasyn, wysokich budynków, surferów i plastikowych dziewcząt). Brisbane mile nas zaskoczyło rozplanowaniem przestrzeni – sztuczną plażą nad rzeką, pięknymi parkami i możliwością szybkiego transportu z miejsca na miejsce. Pomimo oddalenia miasta od oceanu i tak mieliśmy okazję, by się pomoczyć i to dużo – w największym na półkuli południowej parku wodnym. Spędziliśmy w nim cały dzień, dzięki czemu zregenerowaliśmy swoje akumulatorki na kolejne dni podróży. A były intensywne… 

Z każdym dniem byliśmy coraz bardziej na północy kraju. Krajobraz zmieniał się z głębokiej zieleni w suchy brąz. Podwożący nas kierowcy zawieźli nas do Rainbow Beach, gdzie wśród wielokolorowego piasku spędziliśmy leniwy dzień na plaży, aby kolejnego wybrać się na jednodniową autobusową wycieczkę po Fraser Island. Na Fraser Island nie ma dróg i poruszają się po jej piaszczystym trenie tylko pojazdy z napędem 4x4 (także autobusy specjalnie dostosowane do tych warunków). Po zobaczeniu na wyspie lasu deszczowego, psów Dingo, wielkich jaszczurów oraz krystalicznych jeziorek złapaliśmy kilka stopów w kierunku Bundaberg. Po noclegu przy stacji benzynowej zawitaliśmy do destylarni rumu Bundaberg. Wycieczka po działającej nadal fabryce i degustacja trunków były dobrym początkiem pełnego wrażeń dnia. Dotarliśmy bowiem w okolice Bargary, gdzie mogliśmy się „rozgrzać” przed nurkowaniem na wielkiej rafie koralowej – tu „posnorkelingowaliśmy”  w przejrzyście czystej wodzie pełnej rybek, koralowców i innych morskich stworzonek. Dwa kolejne dni podróżowania autostopem doprowadziły nas do Airlie Beach, gdzie znajdujemy się obecnie.


 W przerwach pomiędzy podwózkami spędziliśmy noc w rozbitym „na dziko” na plaży namiocie oraz podróżując skalnymi korytarzami jaskiń Capricorn Caves. Teraz chcemy podróżować nadal na północ kontynentu, by na początku grudnia polecieć z Cairns do Darwin. 

Jaka jest Australia?

Duża… Ogromna… I zupełnie inna niż Europa. Tutaj można jechać parę godzin prostą drogą i nie mijać żadnej choćby najmniejszej mieścinki. Wokół są tyko trawy albo lasy, czasem jakaś rzeczka. Dystans od jednej dużej miejscowości do kolejnej jest bardzo duży i dla Australijczyków normalne jest to, że muszą spędzić parę godzin w samochodzie chcąc odwiedzić np. rodzinę w następnym mieście czy dojechać do pracy. 
Jest tu czysto i schludnie (pomimoże można czasem chodzić pół godziny i nie znaleźć żadnego kosza na śmieci). W parkach i różnych innych zielonych przestrzeniach czy plażach postawione jest po kilka darmowych grilli, z których może każdy korzystać (i stoją nie zdewastowane, czyste i zdatne do użytku). 
Dużo z osób, które poznaliśmy jeżdżąc stopem czy też śpiąc poprzez couchsurfing wie gdzie jest Polska (!), bo ma jakichś przodków europejskich czy też znajomych, którzy stamtąd pochodzą. Chcą wiedzieć dużo o naszym kraju, o tym co się u nas robi, jak, gdzie, po co, na co i w ogóle. Jeden z naszych autostopowych kierowców stwierdził, że „Australijczycy są wścibscy, zawsze chcą wiedzieć wszystko”. Rzeczywiście trochę jest w tym prawdy, ale jest to kraj niezmiernie przyjazny i bardzo miło będzie nam tutaj zostać kolejne 2 miesiące.

Słów kilka o tym, jak spisuje się sprzęt Hi-Tec

Sprzęt sprawuje się bardzo dobrze. Bez niego nie bylibyśmy w stanie podróżować. Ubrania chronią nas przed słońcem i deszczem, buty stanowią podstawę w czasie górskich wycieczek, a sandały w czasie upalnych dni, podczas licznych spacerów w pięknych miejscach. Plecaki muszą wytrzymywać  ponad 20 kilogramowe ciężary, jakie przyszło nam nosić. Namiot jest w ciągłym użyciu, bo stanowi najtańsze miejsce do spania. Najprzyjemniejszym miejscem, w którym przyszło nam go rozłożyć była dzika plaża, z biegającymi dookoła krabami. Dużo piasku przyszło nam z niego wytrzepać po tejże nocy, ale i tak było warto:) Na szczęście żadnych „niebezpiecznych” przygód nie mieliśmy, ale niezależnie od tego, co się stanie mamy nadzieję, że sprzęt się spisze jak należy. 

Co do „niepolskich” warunków to póki co jedyne, co różni Australię od Polski, to ponad 35 stopniowe upały. Zbliżamy się jednak powoli do strefy lasów deszczowych, gdzie wilgotność powietrza jest ogromna – dopiero po zwiedzeniu północy Australii stwierdzimy z całą pewnością, jak sprzęt Hi-Tec sprawuje się w warunkach klimatycznych znacznie odbiegających od naszych ojczystych. Z całą pewnością napiszemy o tym w kolejnej relacji...

Anna Uryga-Pacuszka i Mateusz Ingarden

O wyprawie Ani i Mateusza możesz przeczytać także tutaj>>

Więcej informacji znajdziecie na stronie domowej podróżników: podrozmarzen.net