Świąteczne życzenia z Australii

26 grudzień 2009

Świąteczne życzenia z Australii

Kolejny miesiąc podróży za nami. Czas mija tu niesamowicie szybko, a z każdym dniem posuwamy się dalej w naszej podróży po kraju kangurów i misiów koala. Przez ostatnie tygodnie zdążyliśmy zmienić stronę ze wschodniej na zachodnią i teraz kierujemy się coraz bardziej na południe. Ale po kolei.

 

Z Airlie Beach, skąd pisaliśmy do was ostatnio, przetransportowaliśmy się kilkoma autostopami do Cairns. Tu zdecydowaliśmy się ponurkować, gdyż właśnie to miasteczko jest położone najbliżej Wielkiej Rafy Koralowej. Dwa nurkowania na głębokość ponad 15 metrów oraz kilkadziesiąt minut spędzonych na snorkelingu dały nam niesamowicie wiele radości i nowych przeżyć. Przed nami rozpościerał się ogromny, nowy, tęczowy świat podwodny. Wśród wielu gatunków ryb, rybek i rybeczek udało nam się nawet spotkać rekina, który pływał bardzo niedaleko nas. Do tego przepiękna pogoda i bardzo sympatyczna załoga statku spowodowały, iż był to dla nas jeden z niezapomnianych dni w życiu. Ale nie traciliśmy czasu i już w ten sam dzień, po powrocie z nurkowania, złapaliśmy podwózkę do niewielkiej mieścinki Mossman. Mieliśmy wtedy dobry dzień, ponieważ jeden z naszych kierowców zaproponował nam nocleg na swojej wielohektarowej farmie. Ułatwiło nam to wiele, gdyż nie musieliśmy szukać noclegu po zmroku, w nieznanym sobie miasteczku. A nasz gospodarz i jego rodzina okazali się być bardzo sympatyczni i otwarci. Będąc w Mossman chcieliśmy przejść się przez tutejszy wąwóz. Niestety okazało się, że – odwrotnie do naszych oczekiwań – są tu tylko dwie kilkuset metrowe ścieżki wzdłuż rzeki, z których jedna jest zamknięta. Toteż nasze plany co do dnia spędzonego na górskiej wycieczce spełzły na niczym. Po orzeźwiającej kąpieli w górskiej rzece wróciliśmy po nasze plecaki i postanowiliśmy jechać dalej na Cape Tribulation. Upał przy szosie był niesamowity. Na niebie nie było ani jednej chmurki, a drzewo pod którym staliśmy łapiąc autostop nie dawało zbyt wielkiego cienia. Szczęśliwie nie musieliśmy długo czekać – bardzo miła para jechała prosto do przylądka i postanowiła nas ze sobą zabrać. Cape Tribulation jest bardzo tropikalnym, gorącym, zarośniętym i …. pustym miejscem. Jest tu kilka campingów w lesie, ale poza tym niewielu ludzi tutaj mieszka. Na przylądek z miasteczka Daintree prowadzi prom kursujący co jakiś czas, gdyż nieopłacalne było tu budowanie mostu dla tak niewielu osób, które tu przyjeżdżają. Dzięki temu wypoczęliśmy w tropikalnej głuszy i nabraliśmy sił przed dalszą trasą. Pomimo niewielkiego ruchu na lokalnej drodze udało się nam złapać okazję i wróciliśmy po dwóch dniach z powrotem do Cairns, skąd 1 grudnia mieliśmy samolot do Darwin.

W Darwin zaczęła się zupełnie inna bajka, co poczuliśmy już po wyjściu z lotniska. Duża wilgotność powietrza w połączeniu z ogromnym gorącem dawały duchotę nie do wytrzymania. Ale daliśmy radę. Goszcząc u Ming – wieloletniej mieszkanki Darwin – mieliśmy okazję zabawić się na małym Christmas Party organizowanym dla jej współlokatorki i przy okazji poznać choć trochę jacy są tutejsi ludzie. Czy są inni od mieszkańców wschodniej Australii? Rac  zej nie – mają jedynie inny ak cent. 

W Darwin wypożyczyliśmy samochód, który był naszym środkiem transportu przez całe 22 dni. Było to dobre posunięcie, gdyż  - jak zdążyliśmy zauważyć będąc już w trasie – północno-zachodnia część kraju jest prawie pusta. Od jednej miejscowości do kolejnej (czyli średnio od 300 do 500 km) można przejechać nie spotykając nikogo, lub mijając dwie lub trzy wieloprzyczepowe ciężarówki (tzw. Road Trains). Łapanie autostopu w takich warunkach byłoby niezmiernie trudne, o ile w ogóle możliwe. Na szczęście nie musieliśmy się nad tym zastanawiać, gdyż mieliśmy swój własny wehikuł. 

Po wyjechaniu z Darwin cały tydzień spędziliśmy na odwiedzaniu Parków Narodowych Północnego Terytorium Australii. Zaczęliśmy od Litchfield, gdzie po raz pierwszy spotkaliśmy się z mnogością kopców termitów oraz otaczającą nas zewsząd czerwoną ceglastą ziemią. Tu także po raz pierwszy zażywaliśmy orzeźwiających kąpieli w lokalnych wodospadach – Florence, Rockhole oraz Wangi, co było fantastycznym doznaniem po spacerze do Lost City na więcej niż czterdziestostopniowym upale. Z Parku Litchfield pojechaliśmy do Parku Kakadu – największego terytorialnie parku narodowego w tym stanie. Tu mogliśmy przejść „namacalną” lekcję historii podziwiając kilkutysięczno-letnie aborygeńskiej malowidła naskalne umiejscowione w przepięknych skalistych sceneriach.  Niestety nie udało nam się podziwiać parku w pełnej krasie – wszelkie jeziorka, strumyczki, rzeki, bagna i bajora były wyschnięte na proch po sezonie susz. Przez to także mniej zwierząt było widocznych, gdyż wyemigrowały one w głąb lasu w poszukiwaniu wody. 

Kolejnym na naszej trasie był PN Nitmiluk (inaczej zwany Katherine Gorge). Tu przespacerowaliśmy się przez wyschnięty las wzdłuż wielopoziomowych wodospadów Edith, a następnie wypożyczyliśmy kajak, którym przepłynęliśmy się po rzece w wąwozie Katherine. Był to najlepszy i najprzyjemniejszy sposób zwiedzania tego miejsca, gdyż w górze wąwozu temperatura dochodziła do 45 stopni, a przy rzece była o 10 stopni niższa. I to był ostatni park odwiedzany przez nas na Północnym Terytorium. Potem już tylko długa droga do stanu Zachodniej Australii i oceanu. 

Tysiące kilometrów przebyliśmy od Darwin do Perth, gdzie znajdujemy się obecnie u rodziny Mateusza. Po drodze odwiedzaliśmy ciekawe i piękne miejsca na zachodnim wybrzeżu. Najpierw zawitaliśmy do Pn Karijini, gdzie postanowiliśmy przejść przez najtrudniejszy szlak po wąwozie Hancock. I tak brodziliśmy przez wodę, przedzieraliśmy się po skalistych ścianach i przemykaliśmy się przez przesmyki sposobem „na pająka” zaparci o ściany wąwozu rękami i nogami. Przydały się nam bardzo nasze trekkingowe buty, które w tych warunkach radziły sobie świetnie. 

Po eksploracji lądu przyszedł czas na eksplorację tutejszych wód. I tak dwa dni spędziliśmy nurkując przy brzegu na rafie Ningaloo. Rafa zupełnie inna od tej, która widzieliśmy na wschodzie Australii. Żyją tu inne gatunki ryb, występują inne koralowce i ukwiały, a i innych morskich stworzeń – jak rozgwiazd, ośmiornic – jest więcej. Udało nam się nawet pływać z dużym żółwiem wodnym, co było dla nas kolejnym niesamowitym przeżyciem. 

Kierując się na południe zajechaliśmy do Shark Bay. Tu odwiedziliśmy najstarsze organizmy świata – Stromatolity, które żyją w tutejszych przesolonych wodach morskich z dala od wszelkich naturalnych wrogów, którzy mogliby im zagrażać. Wstąpiliśmy także na Shell Beach – plażę usianą małymi, białymi muszelkami, po czym dotarliśmy do Monkey Mia, gdzie Mateuszowi udało się nakarmić rybką przyjaznego delfina, który podpłynął do brzegu. 

Kolejne dni spędziliśmy na leniuchowaniu. Przemieszczaliśmy się z miejsca na miejsce coraz dalej w stronę Perth, zatrzymując się w bardziej interesujących mieścinkach. Spacerowaliśmy po nadmorskich klifach w Kalbarri, oglądaliśmy jedną z wielu farm wiatraków w Geraldton, cofnęliśmy się do przeszłości w ponad stuletnim skansenie w Greenough, korzystaliśmy z uroków słońca i pięknych piaszczystych plaż w Sandy Cape oraz ekscytowaliśmy się pustynią pełną skalnych tworów – Pinnacles.  Do tego każdego dnia mogliśmy podziwiać niesamowitą faunę i florę, która była dużo bujniejsza niż na północy Australii oraz nastrojowe zachody słońca wprost do oceanu. To nasz świat przez ostatnie tygodnie.

Przed dojechaniem do Perth zboczyliśmy  jeszcze bardziej w głąb lądu do jedynego w całym kraju miasteczka klasztornego – New Norcia. Tam towarzyszyliśmy mnichom w ich modlitwach i zaznajomiliśmy się z historią miasta w trakcie wycieczki z przewodnikiem. Jadąc już do naszego miejsca docelowego  wstąpiliśmy po drodze do Discovery Centre, gdzie bawiliśmy się różnymi technicznymi maszynami, a także do Parku Narodowego Yanchepp, w którym spotkaliśmy sympatyczne niedźwiadki Koala. 

Perth zwiedziliśmy dosyć szybko. Jest to miasto podobne do wszystkich większych aglomeracji, jak Sydney czy Melbourne. W dzień wigilijny pojechaliśmy na wycieczkę na pobliską Rottnest Island, gdzie spędziliśmy kilka godzin jeżdżąc na rowerach i snorkelując. Znów podwodny świat okazał się być zupełnie inny od tego, z którym obcowaliśmy na północy – mniej kolorowy, z mniejszą liczbą koralowców, a większą ilością traw. Niestety nie udało się nam spotkać lwów morskich, które często osiedlają te tereny. Ale liczymy na to, że w przyszłości nam się to uda. 

Wigilię i Święta Bożonarodzeniowe spędziliśmy w rodzinnym (u kuzyna Mateusza) gronie kontemplując i przygotowując się do dalszej podróży. Teraz będziemy nadal zmierzać na południe, a następnie na wschód, by do 30 stycznia dotrzeć do Melbourne i zakończyć naszą przygodę z Australią i polecieć na spotkanie Nowej Zelandii.