Ostatnia relacja z kraju kangurów

28 styczeń 2010

Ostatnia relacja z kraju kangurów

Czas leci jak z płatka. I tak już minęły 3 miesiące w trakcie których okrążyliśmy Australię. Po opuszczeniu Perth wraz z kuzynem Mateusza, ruszyliśmy jego Land Cruiserem na południe w stronę winnej krainy. I tak często podróżując trasami tylko dla samochodów z napędem na cztery koła podziwialiśmy wybrzeże Margaret River – jedno z najbardziej popularnych na świecie miejsc surfingowych.

 

Tutaj też Mateusz spróbował pływać na Boagie Boardzie (taka namiastka surfingu). Tu mieliśmy okazję uczestniczyć w degustacji przetworów oraz win z jednego z dwóch zagłębi winiarskich Australii. Na naszej trasie do Augusta odwiedziliśmy także 3 jaskinie: Mamouth, Lake i Jewel Cave. W pierwszej oglądaliśmy szczątki wymarłych dinozaurów, w drugiej unikalne jak na Australię podwodne jezioro, a w trzeciej niesamowicie bogatą szatę naciekową.W Augusta pojechaliśmy na przylądek Leeuwin, gdzie łączą się Ocean Spokojny z Indyjskim (niestety tylko na mapie bo w rzeczywistości tej „granicy” nie widać).

Następnie nasze kroki skierowaliśmy na wschód zatrzymując się w Black Point – legendarnym surfingowym miejscu dostępnym tylko dla doświadczonych kierowców samochodów 4x4. Tutaj także zaczęły się zimne wieczory i noce (temperatura spadała do 5-10 stopni Celsjusza, co w porównaniu z 40 stopniowymi upałami w ciągu dnia było dla nas nowością). Sylwestra spędziliśmy w lesie w okolicach Pemberton, świętując z wszechogarniającym odgłosem lasu (szumiących drzew, nietoperzy, owadów oraz wyciem psów dingo). W Nowy rok Mateusz wraz z kuzynem wspięli się na 70-metrowe drzewo Dave Evans Bicentennial, które niegdyś służyło za punkt obserwacyjny na wypadek pożaru buszu. Widoki z czubka na morze zieleni były niezapomniane.

Eksplorując dalej południowo-zachodnie wybrzeże przeszliśmy się po Tree Top Walk – pieszym szlaku turystycznym zbudowanym na wysokości czubków wiekowych drzew, oraz mogliśmy podziwiać odrodzony las, który wiele lat temu uległ spaleniu. Dlatego obecne pnie mają wypalone potężne dziury, jednakże korony drzew dalej żyją. Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy była mała nadmorska mieścinka Albany, w okolicach której musieliśmy zatrzymać się na przymusowy postój, ponieważ pękła nam dętka i musieliśmy ją wymienić własnoręcznie. Następne dwa dni spędziliśmy w Parku Narodowym Fitzgerald, gdzie próbowaliśmy swoich sił w morskim łowieniu ryb. W tym miejscu pożegnaliśmy się z kuzynem Mateusza, który wraz ze swoją żoną oraz 7 miesięcznym synem musieli wracać już do Perth i znowu wróciliśmy do łapania autostopu.

Bez większych problemów, dotarliśmy do Esperance, gdzie przeżyliśmy najgorętszy w naszym życiu dzień. Nie dość, że termometry w cieniu wskazywały 45 stopni Celsjusza, to jeszcze wiał silny wiatr od strony lądu, który był cieplejszy od powietrza i zamiast chłodzić jeszcze bardziej ogrzewał otoczenie. Następne dni spędziliśmy na przemierzeniu płaskowyżu Nullarbour, który jest 2000 kilometrowym odcinkiem drogi, na której praktycznie nie ma nic, poza oddalonymi o 400 km od siebie stacjami benzynowymi.  Mimo przejeżdżających tędy tylko ok. 8 samochodów na godzinę, udało nam się złapać 2 autostopy, które przewiozły nas aż do Port Augusta. Po drodze mogliśmy przejechać najdłuższy w Australii prostu odcinek drogi liczący prawie 150 km. oraz odwiedzić opuszcz oną stację benzynową oraz domostwo znajdujące się przy starej nieutwardzonej drodze prowadzącej niegdyś z zachodu na wschód Australii. Następnie skierowaliśmy nasze kroki na półwysep Yorke. W tym miejscu przytrafiło nam się niesamowite szczęście, bo podwiózł nas emerytowany nauczyciel, który zaprosił nas najpierw do swojego kolegi a następnie do swojego domu. I tak z Ray’em spędziliśmy 4 dni, podziwiając Cape Yorke a następnie stolicę Południowej Australii Adelaide.

Następnie pożyczyliśmy samochód, którym w ciągu tygodnia zrobiliśmy prawie 5000 km. W tym czasie odwiedziliśmy sam środek Australii – ceglastoczerwony interior. Najpierw zawitaliśmy do Coober Pedy, gdzie mogliśmy podziwiać podziemne mieszkania, sklepy i restauracje oraz kopalnie opali. Tutaj także „zawitaliśmy na inną planetę” – a tak dokładnie odwiedziliśmy miejsce w którym jest kręcone większość filmów których akcja toczy się na marsie, księżycu czy na innej planecie. Później zajrzeliśmy do Alice Springs – metropolii w środku pustkowia, oddalonej od jakiegokolwiek większego skupiska ludzi o ponad 1000 km. W PN Mc Donnell Ranges podziwialiśmy wąwozy oraz wyrwy skalne, mieniące się wieloma kolorami orchy, którą aborygeni używają do malowideł naściennych. Noc spędziliśmy z widokiem na krater usytuowany w miejscu gdzie ongiś kometa zderzyła się z ziemią. Następnie udaliśmy się pod słynne na cały świat Ayers Rock, lub Uluru jak go nazywają aborygeni. Potężny monolit wystający z ziemi w środku pustkowia, mieniący się przeróżnymi kolorami w zależności od pory dnia i usytuowania słońca zachwyca swoim majestatem. Rzeczywiście najładniejsze (bo cała czerwone)Uluru jest w czasie zachodu. Tutaj także przeszliśmy się po Kata Tjuta, czyli pagórkach większych od Ayers Rock przypominających „wiele głów” (co też oznacza ich nazwa).

Zanim wróciliśmy na południowe wybrzeże przeszliśmy jeszcze ciekawy pieszy szlak w Kanionie Królów, który jest imponującym pokazem siły przyrody. Wracając do Adelaide zboczyliśmy jeszcze do Flinders Ranges gdzie przespacerowaliśmy się górskimi szlakami, przypominającymi nasze europejskie. W Adelaide znowu zawitaliśmy do naszego autostopowego nauczyciela – Ray’a i wraz z nim zwiedziliśmy drugi po Margaret River australijski kurort winiarski Barossa Valley oraz przylądek Fleurieu. Następnie zgłosiliśmy się do relokacji samochodu dla firmy wypożyczającej auta i tak w trzy dni mieliśmy przewieść samochód z Adelaide do Melbourne. Podążaliśmy nadmorską Great Ocean Road oglądając przepiękne klifowe wybrzeże. Nie omieszkaliśmy zobaczyć 12 Apostołów, czyli samotnie wyrastających z fal formacji skalnych toczących od lat nierówną walkę z żywiołem oceanu. Teraz jesteśmy z powrotem w Melbourne, po okrążeniu całej Australii. Wielki to i bardzo różnorodny kontynent ale okazał się dla nas przyjazny i zawsze będziemy wspominać go z radością, a może tutaj kiedyś jeszcze wrócimy.

Podczas naszej wyprawy sprzęt Hi-tec spisywał się bardzo dzielnie. Buty bardzo nam pomogły w górskich wycieczkach po wąwozach, kanionach oraz dolinach australijskich. Plecaki mają z nami ciężką przeprawę podczas podróży autostopem kiedy musza być przewożone często w spartańskich warunkach. Namiot był naszym miejscem noclegu przez większość australijskich nocy, przez co trochę się nadwyrężył. Na szczęście bez większych usterek bierzemy plecaki na nasze ramiona i ruszamy na podbój Nowej Zelandii.4