Pożegnanie Nowej Zelandii

26 maj 2010

Pożegnanie Nowej Zelandii

Jak ten czas szybko mija! Dopiero co witaliśmy się z nowozelandzkimi wyspami, a już przychodzi nam je opuścić i udać się dalej w stronę Ameryki Południowej.

Po opuszczeniu Westport (skąd ostatnio pisaliśmy), pojechaliśmy do malutkiej miejscowości Karamea na północno-zachodnim krańcu południowej wyspy. Sama mieścinka była tylko miejscem tranzytowym na drodze do ukrytych w lasach PN Kahurangi jaskiń oraz potężnych łuków skalnych wydrążonych przez rzeki. Stamtąd udaliśmy się na najbardziej północny przylądek Południowej Wyspy, gdzie pogrzaliśmy się chwilę na złotych plażach  oraz mieliśmy okazję podziwiać najczystsze na świecie źródło słodkiej wody. W PN Tasmana przeszliśmy się do Harwoods Hole – potężnych rozmiarów  dziury w ziemi, która gdzieś tam głęboko rozprzestrzenia się na wiele podziemnych korytarzy. Niestety żeby to zobaczyć trzeba być doświadczonym grotołazem. Dlatego opuściliśmy dość szybko PN Tasmana, jak i całą Południową Wyspę i płynąc promem przez piękną zatokę Charlotte i kanał Tory wróciliśmy na Wyspę Północną.

Tutaj udaliśmy się prosto na zachodnie wybrzeże do PN Taranaki, który to jest prawie idealnym kołem (i to nie tylko na mapie, bo linia drzew idzie rzeczywiście po okręgu w stosunku do pól uprawnych). Głównym i jedynym punktem tego parku jest potężny wulkan Taranaki, wyrastający z ziemi po środku równiny. Wygląda zupełnie jak Góra Przeznaczenia z „Władcy Pierścieni”. Cały dzień poświęciliśmy żeby mozolnie się wspiąć na jego szczyt. Jednakże widoki z krateru były warte ciężkiej drogi w zsypujących się spod nóg skałkach.

Po jednodniowym odpoczynku (w samochodzie, przemierzając Forgotten World Highway) dotarliśmy pod PN Tongariro. Tutaj wybraliśmy się na nasz drugi w Nowej Zelandii ‘Great Walk’. Trzy dni chodziliśmy pomiędzy stożkami wygasłych jak i czynnych stożków wulkanicznych, podziwiając powulkaniczne jeziorka oraz księżycową scenerię siarkowej ziemi. Prosto z wulkanów podążyliśmy do krainy „śmierdzących jaj”… - tak, taki właśnie zapach towarzyszy geotermalnemu rejonowi Rotorua. Najpierw zobaczyliśmy poziome wodospady Huka prące z niesamowitą siłą przez długie zwężenie skalne, następnie zawitaliśmy do Orakei-Korako – miejsca pięknych krzemionkowych tarasów, wybuchających co chwila gejzerków oraz geotermalnych źródełek.

Następnie udaliśmy się do Wai-O-Tapu gdzie trafiliśmy do bezpłatnego, ukrytego w lesie źródełka gorącej wody (około 60°) w którym się wygrzaliśmy. Następnego dnia przeszliśmy się po termalnej wiosce Wai-O-Tapu Wonderland, będącą najbardziej kolorową z całego regionu. Najpierw był wybuchający „na zawołanie” (wystarczy wsypać doń trochę mydła) gejzer Lady Knox, a następnie bulgoczące błotka, wody oraz skałki dymiące oraz przybierające przeróżne kolory w zależności od występowania różnych związków chemicznych. Po skończonej przechadzce udaliśmy się do stolicy regionu – miejscowości Rotorua. Tam obejrzeliśmy maoryską dzielnicę Ohinemutu, z rzeźbionymi budynkami mieszkalnymi, domami spotkań czy kościołem. Kolejnym punktem miało być Matamata – miejsce powstania filmowego Hobbitonu - jednakże po nakręceniu „Władcy Pierścieni” większość z chatek została rozebrana, a te które pozostały są na prywatnym terenie.Za ich oglądnięcie właściciel żąda zdecydowanie wygórowanej kwoty, dlatego ruszyliśmy w dalszą drogę zahaczając o Waitomo, gdzie Mateusz wybrał się na eksplorację jaskini. Bardzo miła wycieczka z atrakcjami, jak zjazd po linie, wspinaczka oraz „Black water rafting”, zajęła parę godzin, po których odwiedziliśmy Hamilton. Tu przespacerowaliśmy się przez pięknie urządzone ogrody botaniczne i ruszyliśmy w stronę Auckland.

Tutaj po raz drugi w NZ wybraliśmy się na mecz rugby ligi Super XIV, w którym zmierzyli się lokalni Blues z Brumbies z Australii (Melbourne). Przed głównym widowiskiem, które zakończyło się wygraną gospodarzy 39:34, reprezentacja marynarki NZ  pokonała reprezentację marynarki Australii 12:11. Oczywiście przed meczem Nowozelandczycy odtańczyli Hakę, czyli tradycyjny taniec, niegdyś, wojenny mający na celu przestraszenie przeciwnika. Po opuszczeni stadionu udaliśmy się na północ Auckland – do Northlandu. Niewielki skrawek NZ okazał się mało urozmaiconym terenem, jednakże woda w oceanie była tutaj dużo cieplejsza niż na południu NZ, dlatego też sporo czasu spędziliśmy na wylegiwaniu się na plażach. Na najbardziej wysuniętym cyplu Aoteroa mieliśmy okazję pozjeżdżać na deskach z potężnych wydm, które przypominały pustynię – i tylko widok na horyzoncie morza Tasmana przypominał, że to jest po prostu wieeeelka plaża:) W drodze na południe przejechaliśmy autem po 90 mile Beach – zarejestrowanej jako autostrada (z ograniczeniem prędkości do 100km/h) droga prowadząca po plaży (można nią jechać tylko w czasie odpływu). Wraz ze zbliżającym się powrotem do Auckland przemierzyliśmy jeszcze las pełen najstarszych i najwyższych w NZ drzew Kauri, odwiedziliśmy kolonię głuptaków, która była znacznie mniejsza od mieszkającej na Cape Kidnappers, oraz podziwialiśmy czarne plaże w okolicach cyplu Huia. Ostatnie dni na nowozelandzkim lądzie spędziliśmy w Auckland przygotowując się do wylotu do Ameryki Południowej. Następne relacja będzie więc z krajów Ameryki Łacińskiej. Trzymajcie kciuki.