Podróż życia

26 październik 2010

Podróż życia

24 października 2009 roku para studentów: Anna Uryga-Pacuszka i Mateusz Ingarden wybrali się w 10 miesięczną podróż po Australii, Nowej Zelandii i Ameryce Południowej. Jesteśmy dumni, że Hi-Tec był sponsorem tej niecodziennej wyprawy. Zapraszamy do przeczytania wywiadu z naszymi bohaterami, gdyż jak się nietrudno domyślić, przygód i przemyśleń nie było końca.

 

Czy udało się zrealizować pięć celów, które sobie wyznaczyliście na podróż, czyli:

• napisanie dwóch odrębnych prac magisterskich o tematyce społecznej i sportowej,
• zebrać materiał fotograficzny,
• napisać książkę podróżniczą,
• książkę dla dzieci,
• prowadzić regularny dziennik podróżny w Internecie?


Anna Uryga-Pacuszka i Mateusz Ingarden: Po części tak, po części nie. Wróciliśmy obecnie na ostatni rok studiów, więc nasze prace magisterskie są dopiero pisane – w trakcie wyprawy się nimi nie zajmowaliśmy. Jednakże udało się nam zebrać sporą ilość materiałów, które z pewnością nam się przydadzą w trakcie ich tworzenia.
Jeśli natomiast chodzi o książki – zarówno podróżniczą, jak i dla dzieci – to na pewno zrealizujemy je, lecz nie tak od razu. Materiały do wydawnictwa podróżniczego, które teraz mamy, musimy jeszcze raz zweryfikować, poprawić i wtedy nadać im spójną całość. Bajka powstanie, lecz – miejmy nadzieję – w niedalekiej przyszłości. Teraz musimy się zająć pisaniem innej bajki – prac magisterskich…
Dziennik podróży prowadziliśmy bardzo regularnie – minimum raz w tygodniu pojawiała się kolejna relacja na naszej stronie www.podrozmarzen.net razem z małą porcją zdjęć.
Jeżeli natomiast chodzi o zebrany materiał fotograficzny to musimy przyznać, że jest dosyć pokaźny. Przez całe 10 miesięcy wykonaliśmy ok. 18 tys. zdjęć, z których najlepsze 600 pokazujemy teraz naszym znajomym.


Jak pomyślana jest książka podróżnicza?

Ania: Chciałabym, aby była to książka łącząca w sobie stylistykę pamiętnika i przewodnika, w którym obok naszych osobistych przeżyć i doznań czytelnik mógłby znaleźć także kilka praktycznych rad na temat krajów, które odwiedziliśmy, tego jak się tam odnaleźć i jak podróżować.


Jak wyglądał typowy dzień podczas Waszej podróży? Choć pewnie w tym wypadku trudno mówić o „typowym” dniu…

Anna Uryga-Pacuszka i Mateusz Ingarden:
Nasze dnie scharakteryzować można jako ciągłe „bycie w drodze”. Budziliśmy się rano, jedliśmy duże śniadanie i ruszaliśmy – czy to zwiedzać miasto, czy też wybieraliśmy się na dłuższy trekking górski, zwiedzanie okolicy, czy po prostu wsiadaliśmy do jakiegoś środka transportu i przemieszczaliśmy się do kolejnego interesującego nas miejsca (przy czym trzeba zaznaczyć, iż w Australii za transport służyły nam głównie złapane na autostop samochody, w Nowej Zelandii – wypożyczony samochód, zaś w Ameryce Południowej – dalekobieżne autobusy). Wieczorem zasiadaliśmy przy kolacji (nauczyliśmy się jadać głównie dwa razy dziennie, omijając obiad, co ułatwiało nam podróżowanie – nie musieliśmy koło południa myśleć „gdzie by tu można coś wrzucić na ząb?” i tracić czas na poszukiwania), a ponieważ na południowej półkuli dnie – nawet latem – są dużo krótsze od naszych, to niedługo po posiłku szliśmy spać, bo było już ciemno. Regenerowaliśmy siły po ciekawym, acz męczącym dniu, mając wizję kolejnego dnia, który miał być nie mniej interesujący i intensywny.

Możecie naszkicować mapę swojej wyprawy wraz z zaznaczeniem najbardziej niepowtarzalnych i godnych opisania miejsc?

Ania
: Słyszeliśmy to pytanie nie raz w trakcie naszej wyprawy, jak i po jej zakończeniu. Czy możemy wymienić najbardziej niepowtarzalne miejsca? Tak, ale bynajmniej nie jedno, nie dwa, nie trzy. Przez te 10 miesięcy mieliśmy okazję zobaczyć całe mnóstwo miejsc, których jeszcze przed wyjazdem nawet sobie nie wyobrażaliśmy. Mogę stworzyć swoje „Top 10”, ale i tak wiem, że jak zacznę taką listę wymieniać, to i tak się niepostrzeżenie wydłuży do minimum „Top 20”…
Byliśmy w przeróżnych miejscach – od wielkich, nowoczesnych metropolii, przez tropikalne lasy, czerwone pustynie, przepiękne turkusowe zatoki, górskie szlaki rodem z „Władcy Pierścieni”, lodowce, fiordy, wulkany, zapomniane kopalnie, tajemnicze inkaskie ruiny, aż na podwodnych mikroświatach Wielkiej Rafy (nie)kończąc.
Osobiście mogę z pewnością powiedzieć, iż najbardziej do gustu przypadła mi Australia ze wszystkich odwiedzonych przez nas państw. Ale nie umniejsza to bynajmniej piękna innych krajów… Po prostu gdzie indziej nie było na przykład osławionego Ayers Rock… [Ayers Rock to mierząca 3,6 km długości i wznosząca się na 348 m. n.p.m. skała wyrastająca niespodziewanie z piaszczystego podłoża – przyp. red.].

Mateusz: Jeżeli w chronologicznej kolejności miałbym wymienić miejsca których nie można pominąć to wybrałbym:
• Wielką Rafę Koralową w Australii
• Uluru oraz Kanion Królów w Australii
• geotermalny rejon Rotorua w Nowej Zelandii
• trekking w rejonie Mt. Cook w Nowej Zelandii
• wodospady Foz de Iguacu w Argentynie i Brazylii
• andyjską część Patagonii z lodowcem Peritto Moreno
• Salar de Uyuni w Boliwii
• pampa w Boliwii
• Machu Picchu w Peru
• Cartagena w Kolumbii
• wodospad Angel w Wenezueli


Oczywiście lista jest dużo dłuższa ale to są te punkty „perełki”.

Czy były jakieś szczególne trudności z dotarciem w określone, wcześniej zaplanowane miejsca?

Anna Uryga-Pacuszka i Mateusz Ingarden:
Raczej nie. Przed wyjazdem mieliśmy obawy, że podróżując w Australii autostopem będziemy mieć problemy z dotarciem w dokładnie zaplanowane przez nas miejsca. Na miejscu okazało się, że nie mieliśmy się czego bać. Bardzo często zdarzało się, że kierowcy zbaczali ze swoich tras, albo nawet nadrabiali kilkadziesiąt (a nierzadko i więcej) kilometrów tylko po to, by dowieźć nas dokładnie w dane miejsce. Ich bezwarunkowa pomoc była dla nas na początku zaskakująca, ale i niezmiernie miła.
W Nowej Zelandii z kolei mieliśmy wypożyczony samochód, więc docieraliśmy tam, gdzie chcieliśmy. Chociaż trzeba podkreślić, że w kraju Hobbitów żeby cokolwiek zobaczyć należy się wybrać na jedno- lub kilkudniowy trekking. Dlatego też dużo chodziliśmy – nigdy nie mieliśmy problemów z dotarciem do wyznaczonego celu, gdyż w całym kraju mają bardzo dobrze oznakowane szlaki piesze. Nie sposób się tam zgubić.
W Ameryce natomiast podróżowaliśmy autobusami, a tam ten rodzaj transportu jest bardzo dobrze rozwinięty i można się nim dostać praktycznie wszędzie. Jedynym problemem było to, że czasami musieliśmy dłużej poczekać zanim jakiś autobus mógł gdzieś nas zabrać.

Przed wyjazdem mieliście obawy odnośnie bagażu, żeby w całości doleciał. Czy podczas podróży pojawiły się tego typu problemy, a może jeszcze inne, niespodziewane?

Anna Uryga-Pacuszka i Mateusz Ingarden:
Na szczęście nie mieliśmy tego typu problemów. Bagaże zawsze leciały, czy też jechały razem z nami w jednej całości. Chociaż przydarzyła się nam i śmieszna historia. Było to w czwarty dzień po naszym odlocie z Polski, kiedy mieliśmy stop-over w malezyjskim Kuala Lumpur. Mieszkaliśmy wtedy poprzez Couchsurfing.org u starszej pani i jej rodziny. W domu panowało kilka zasad, z których jedna brzmiała: „Bagaże zostawiamy na werandzie przed domem, gdyż w środku nie ma na nie miejsca”. Musieliśmy się na to zgodzić i wynieść swoje plecaki za drzwi. Wracając z wędrówki po mieście prawie dostaliśmy ataku serca, kiedy zobaczyliśmy, że nasze bagaże zniknęły. Okazało się, że skręciliśmy o jedną dróżkę za wcześnie (gdyż tamtejsze osiedlowe ulice wyglądają wszystkie tak samo), a nasze plecaki nadal bezpiecznie stały w miejscu, gdzie je zostawiliśmy…

Czy był moment zwątpienia podczas podróży i myśl, że chcielibyście już wracać?

Ania:
Tak. Raz. Taki kryzys nadszedł, kiedy przekraczaliśmy granicę Boliwia – Peru. Miałam serdecznie dosyć latynoskiego sposobu życia, tego że ciągle ktoś coś od nas – jako turystów, jako „innych” – chce, że nam wszystko utrudniają, że istnieje między nami bariera językowa, że jest głośno, brudno, i ogólnie rzecz biorąc: męcząco. Ale kryzysy są po to, żeby sobie z nimi radzić. Przeprowadziliśmy wspólnie z Mateuszem rozmowę, doszliśmy do wniosku, że przecież nie po to pojechaliśmy do Ameryki Południowej, żeby wracać wcześniej z tego kontynentu, nie realizując naszych marzeń. Wzięłam się w garść – i ukończyliśmy wyprawę zgodnie z planem.

W Waszym dzienniku podróży pisaliście o tym, noclegi załatwialiście za pośrednictwem portalu CouchSurfing, czy moglibyście wyjaśnić co to za portal?

Anna Uryga-Pacuszka i Mateusz Ingarden:
Jest to społeczność internetowa zjednoczona poprzez stronę couchsurfing.org dająca możliwość „wymiany kanapy”. Główną ideą couchsurfingu jest wymiana międzykulturowa oraz możliwość bezpłatnego korzystania przez około 2 noce z miejsca do spania u osób zalogowanych w serwisie. W zamian samemu także oferujemy taką możliwość. Oczywiście nie jest to obowiązkowe, dlatego zawsze trzeba wysyłać zapytanie o możliwość skorzystania z noclegu, a w serwisie możemy przeczytać opinie o każdym uczestniku.

Czy noclegi poprzez CouchSurfing ustalaliście przed wyjazdem, czy bezpośrednio w trakcie trwania wypraw?

Anna Uryga-Pacuszka i Mateusz Ingarden:
Jedynie dwa noclegi – w Kuala Lumpur i Melbourne – mieliśmy ustalone będąc jeszcze w Polsce. Każdy kolejny załatwialiśmy w trakcie wyprawy zwykle pisząc do poszczególnych osób na kilka dni przed naszym przyjazdem.

Nocowaliście u tubylców, czy u Polaków mieszkających za granicą?

Anna Uryga-Pacuszka i Mateusz Ingarden:
Głównie u tubylców – polscy emigranci akurat nigdy nas nie mogli przyjąć, kiedy pisaliśmy do nich na CS. Chociaż poza tą internetową społecznością korzystaliśmy także z własnych „kontaktów” i tak na przykład mieszkaliśmy w Sydney u wujka naszego przyjaciela z Krakowa, a w Perth u kuzyna Mateusza. Zatem u Polaków też udawało się nam „przycupnąć”.


Zapewne wszystkich, którzy z uwagą śledzili Waszą wyprawę zainteresuje, gdzie wyruszacie następnym razem?

Ania:
Na razie dziarsko codziennie rano do budynków, gdzie studiujemy. Ale poważnie mówiąc – biegają mi już po głowie różne pomysły na kolejną wyprawę. Może Azja? Czas to zweryfikuje. Na pewno „Podróż marzeń” jest dopiero początkiem naszych wojaży po świecie.
Mateusz: Póki co priorytetem jest skończenie studiów i zarobienie „kilku groszy”, bo niestety wyprawa wysuszyła nasze portfele praktycznie do zera. Ale jak tylko będzie taka możliwość to z pewnością pojedziemy nawet i na Antarktydę :)

Na koniec nie możemy nie zapytać jak spisała się odzież turystyczna i sprzęt Waszego sponsora czyli Hi-Tec?

Ania:
Bardzo dobrze. Nie mamy zupełnie na co narzekać. Odzież i buty spisały się w każdych warunkach atmosferycznych (a łatwo nie było, bo byliśmy i na lodowcach, i na pustyniach; narażeni na palące słońce, ale i przenikliwy ziąb); namiot dawał dobrą ochronę od deszczu, wiatru czy różnych żyjątek; plecaki wytrzymały trudy przerzucania z miejsca na miejsce w lukach bagażowych, czy bagażnikach samochodów i dobrze nosiły się na naszych barkach. Ogólnie jesteśmy bardzo zadowoleni ze sprzętu, jaki otrzymaliśmy w ramach sponsoringu.

Dziękujemy za rozmowę i życzymy kolejnych, niesamowitych wypraw i dużo wrażeń.