Hi-Tec uratował nam skórę w wielu krytycznych sytuacjach...

02 listopad 2010

Hi-Tec uratował nam skórę w wielu krytycznych sytuacjach...

W marcu pisaliśmy o przygotowaniach motocyklistów z grupy Royaliści do wyjazdu, którego celem było przejechanie najwyżej położonej drogi na świecie. Podróżnicy cali i zdrowi wrócili do Polski. Tuż przed jednym z wernisaży, na którym Royaliści prezentowali zdjęcia z wyprawy oraz opowiadali o wrażeniach, udało nam się porozmawiać z jednym członków załogi – Michałem. Michał opowiedział o pracach nad filmem z podróży, kłopotach z hinduskimi mechanikami oraz o tym, że na przełęczach powyżej 5000 m n.p.m. niezbędne są akcesoria  Hi-Tec.



Jest wśród was kilku filmowców. Czy zbieraliście materiał filmowy na jeden długi reportaż, czy każdy z Was przygotowuje oddzielny film?

Michał Rytel: Od początku do końca założenie było takie, że robimy jeden film dokumentalny z wyprawy. Oczywiście nie wiedzieliśmy, czego się możemy spodziewać. Wiadomo, że planowanie dokumentu jest trudne, ale od początku do końca ekipa była skompletowana do jednego projektu. Ola Teres była drugim operatorem, reżyserem był Bartek Świderski, a ja byłem autorem zdjęć. Jeszcze nie mamy gotowego filmu. Dysponujemy 50 godzinnym materiałem i z niego powstanie, w zależności od tego, czy materiały na to pozwolą, film dokumentalny długometrażowy – 90 minutowy, albo krótkometrażowy - 30 minutowy.

Gdzie planujecie pokazywać filmy i fotografie z wyprawy? Czy celujecie w jakiś festiwal filmowy?

Michał Rytel: Robimy film z wyprawy z myślą o tym, aby go zobaczyło szersze grono. Kilka stacji telewizyjnych jest zainteresowanych emisją. Mamy oczywiście nadzieję na premierę kinową, niestety w Polsce zwyczaj pokazywania dokumentów w kinach jest bardzo rzadki. Kiedyś tak się działo... Na szczęście w tej chwili powoli wracamy do tego modelu, wzorem krajów zachodnich, gdzie dokumenty są pełnoprawnymi dziełami filmowymi. Chcielibyśmy również dołożyć cegiełkę do powrotu tej chlubnej tradycji.  Jeśli chodzi o konkursy i festiwale, to za wcześnie o tym mówić. Jeśli zmontujemy film i okaże się, że jest to wartościowy materiał, to na pewno będziemy się nim chwalić. Oczywiście, jak każdy twórca mam taką nadzieję i ambicję.


Teraz takie przyziemne pytanie. Jak pogodziliście półroczną wyprawę ze studiami?

Michał Rytel: Większość  z naszej grupy studiuje poważne kierunki. W przeciwieństwie do naszej trójki, czyli mnie, Aleksandry  Teres,  Bartka Świderskiego [śmiech]. Oni wzięli urlopy dziekańskie. My z Olą studiujemy Realizację Obrazu Filmowego na wydziale Radia i Telewizji w Katowicach, natomiast Bartek Świderski reżyserię filmową w szkole Andrzeja Wajdy. Mamy dużo więcej swobody jeśli chodzi o dysponowanie własnym czasem. Na naszych studiach liczy się realizacja filmów, czyli praktyka, którą przedkłada się nad większość zajęć teoretycznych. Nie musieliśmy robić sobie przerwy w studiach.  Udało nam się ten wyjazd pogodzić z nauką.

Dlaczego właśnie motocykl Royal Enfield? Kto zainicjował grupę Royalistów i wymyślił, że będziecie akurat na tych motocyklach zwiedzać świat?


Michał Rytel: To jest historia, która ma cztery lata z okładem. Podczas jednego z warsztatów filmowych zobaczyłem motocykl Royal Enfield po raz pierwszy. Nagrywaliśmy teledysk, nie pamiętam już jakiego wykonawcy i w tym teledysku legendarny, brytyjski jednoślad był jednym z „bohaterów”. Od tego momentu zacząłem marzyć o tym, żeby taki sprzęt sprowadzić z Indii. Zaraziłem tym pomysłem w 2008 roku Grześka i Karola i tak się złożyło, że ja jechać nie mogłem, ale im się udało. Rok później ponownie padł pomysł wyjazdu, tym razem w większej grupie i oto byliśmy z powrotem. Tych motocykli już nie produkuje się w Anglii,  ale wciąż, w zasadzie w niezmienionym kształcie, w Indiach.  W latach 50. Brytyjczycy przenieśli większość produkcji do Indii. Nie dość, że jest to motocykl legendarny dla Wielkiej Brytanii, to jest on również kultowy w Indiach. Jest maszyną o największej pojemności i towarzyszy wojsku i policji w niezmienionym kształcie do dnia dzisiejszego. Połączyła nas więc po pierwsze miłość do motocykli, a po drugie miłość do podróży. Postanowiliśmy połączyć jedno z drugim i objechać północą część Indii, przejechać Himalaje z ich największymi przełęczami na tych właśnie motorach.

 Czy zdarzało się Wam podróżować innym środkiem transportu niż Royal Enfield?

Michał Rytel: Jak najbardziej. Natomiast w Indiach tak się złożyło, że cały czas podróżowaliśmy na motocyklach. Nawet jak robiliśmy sobie przerwy już w Himalajach na trekking czy na kilkudniowe wyprawy w góry, to te motory stały w miasteczkach u ich podnóży i na nas czekały.
 
Czy moglibyście opowiedzieć o perypetiach z hinduskimi mechanikami? Pisaliście na swoim blogu, że większość z nich ustawia motocykle na słuch i czasem działają…

Michał Rytel: Problem z mechanikami w Indiach jest taki, że każdy Hindus jest mechanikiem.  Oczywiście wywołuje to wiele problemów, bo pomimo tego, że każdy jest fachowcem, nie każdy się na nich zna. Są to jednak motory o konstrukcji starej, nie jest to nowoczesny sprzęt, który po 200 tys. kilometrów wymaga jedynie przeglądu i tyle. To jest motor, w którym ciągle się coś psuje. Natomiast konstrukcja jest na tyle prosta, że naprawienie jakiejkolwiek usterki nie jest dużym problemem, nie zajmuje dużo czasu. My oczywiście jadąc tam mieliśmy pojęcie o mechanice, ale nie znaliśmy tego konkretnego motocykla na tyle dobrze, że moglibyśmy sobie zawsze sami poradzić.  Hinduscy mechanicy dali nam rzeczywiście niezłą szkołę, co można zepsuć i co można wykombinować z prostym silnikiem. Nie są to specjaliści najwyższych lotów, poza wyjątkami.

Czy Wasz skład podczas podróży się zmienił? Może ktoś do was dołączyły, ktoś odszedł?
 
Michał Rytel:
Od początku do końca skład był taki sam. Idea była taka, że jedziemy w osiem osób i w osiem osób pojechaliśmy. Pod sam koniec wyprawy okazało się, że nie możemy zrealizować planu powrotu do Polski na motocyklach. Mieliśmy problemy ze zdobyciem wizy pakistańskiej ze względu na to, że to był dosyć burzliwy politycznie czas w tym kraju. Ponieważ dowiedzieliśmy się o tym pod koniec pobytu w Himalajach, część z naszej ekipy  (dokładnie  3 osoby: Karol, Kuba i Grzesiek) postanowiły wracać do Polski samolotem. Czas, który reszta grupy chciała poświęcić na przejechanie trasy z Himalajów do Bombaju, aby tam szukać możliwości powrotu drogą lądową, oni postanowili wykorzystać na trekking w dolinie Zanskaru położonej w samym sercu Himalajów. Jednak trzy dni po naszym rozstaniu okazało się, że w Zanskarze były olbrzymie opady śniegu i nie ma możliwości przedostania się. To był pierwszy rozłam w naszej grupie. Jednak nieoczekiwanie spotkaliśmy się w Manali u podnóża gór i znowu razem pojechaliśmy do Delhi. Kolejny rozłam nastąpił, gdy do tamtej trójki postanowili dołączyć Filip i Kusior. Zostaliśmy na placu boju Ola, Bartek i ja. My jeszcze próbowaliśmy wydostać się z Indii drogą morską, czyli pojechaliśmy do Bombaju z Delhi - to jest 1,5 tys. kilometrów. Tam próbowaliśmy złapać prom do Iranu, żeby ominąć Pakistan. Po 10 dniach musieliśmy zrezygnować i wrócić do Delhi.

Czy udało by się w kilkunastu zdaniach nakreślić Waszą mapę podróży?

Michał Rytel: Ekipa filmowa, czyli Ola Bartek i ja, została w Polsce trzy tygodnie dłużej, aby skompletować sprzęt i pozamykać wszystkie formalności, chłopaki pojechali prosto do Nepalu, żeby tam przejść trasę trekkingową Annapurna Ring. To była ich wyprawa.... Spotkaliśmy się już w trasie, w  Rishikeshu, który jest na północ od Delhi. Od tego czasu  podróżowaliśmy  razem. Czyli z Delhi do Rishikeshu, po drodze przez Nepal do Chandigharu, który jest stolicą Punjabu. Z stamtąd na północ do Shrinagaru, czyli  stolicy Kaszmiru.  No i tutaj się zaczynały Himalaje, jeszcze niskie, z klimatem przypominającym ten Polski, o czterech porach roku, ale już majestatyczne i tajemnicze. W Shrinagarze, gdzie stale wybuchają bomby, a mieszkańcy demonstrują swoją niechęć do Indii poprzez piątkowe manifestacje, spędziliśmy tydzień. Miasto jest piękne i warte zobaczenia, niestety zbyt często omijane przez turystów. Stamtąd pojechaliśmy do Leh, stolicy Ladakhu. Jest to miejsce zupełnie inne od Kaszmiru. Kaszmir jest muzułmański w 90 procentach, a Ladahk buddyjski. Tak naprawdę po przejechaniu stu kilometrów trafiliśmy do zupełnie innego świata. Ladakh jest historyczną częścią Tybetu.  W XIX wieku został zaanektowany przez królestwo Kaszmiru. Mieszkają tam etniczni Tybetańczycy, którzy posługują się jednym z tybetańskich narzeczy. Tam rzeczywiście było odludzie i przejeżdżaliśmy setki kilometrów bez śladu człowieka. To było niezwykle malownicze i bardzo nastrojowe miejsce. Kaszmir jest bardzo zielony, a Ladakh o krajobrazie  księżycowym. A i jedne i drugie to przecież Himalaje....


Gdzie nocowaliście podczas Waszej podróży?

Michał Rytel: Głównie w tzw. Guest Housach bądź małych hotelikach, ale również u gościnnych mieszkańców i pod namiotami. Nigdy nie planowaliśmy noclegu z góry, zawsze wychodziło to spontanicznie. Rozdzielaliśmy się i szukaliśmy odpowiedniego miejsca, po czym całą grupą udawaliśmy się w określone miejsce. Czasem nie mieliśmy gdzie spać do późnych godzin nocnych.

Czy dopadła Was jakaś choroby podczas pobytu w Indii?

Michał Rytel: Oczywiście „choroba podróżnika” dopadła nas wszystkich. Delhi, czyli pierwszy przystanek w Indiach, nie należy do najczystszych. Swobodnie można powiedzieć, że jest to  najbrudniejsze miejsce na Ziemi. I gdy tylko przestaliśmy stosować wysokoprocentowe „zabezpieczenia”, biegunka i wymioty zaatakowały. Oprócz tego nie cierpieliśmy na żadne poważne schorzenia.

Czy jest szansa na kolejną podróż Royalistów? A może przerzucacie się na inny środek transportu?

Michał Rytel: Jak najbardziej. Royal już raczej nie wchodzi w rachubę, ale prawie na pewno wyjedziemy jeszcze razem. Może nie w ósemkę, bo to duża grupa. Ale w różnych konfiguracjach  Royaliści powrócą.

A jak spisywała się odzież i sprzęt Hi-Tec podczas tej nietypowej wyprawy?

Michał Rytel: Prawdę mówiąc nie wyobrażam sobie, co byśmy zrobili w górach bez ciepłej odzieży i śpiworów. Bez wymuszonego wywiązywania się z umów sponsorskich [śmiech] mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że Hi-Tec uratował nam skórę w wielu krytycznych sytuacjach. W śnieżycach, na przełęczach powyżej 5000 m n.p.m. nie dalibyśmy rady bez akcesoriów Hi-Tec.

Dziękujemy bardzo za rozmowę i czekamy na informacje o nowych wyprawach.

Hi-Tec uratował nam skórę w wielu krytycznych sytuacjach...